6 grudnia 2017

Babka Mateczki










































Wracam dziś do przepisu na moje pierwsze samodzielnie upieczone ciasto, którego uczyłam się od Mamy, kiedy jeszcze byłam tak mała, że musiałam stawać na taborecie, aby pracować przy kuchennym blacie. Ciasto, które Mama piekła na każde święta (na Boże Narodzenie dodatkowo w formie baranka), a także na sobotnie popołudnia, kiedy wpadali do nas niezapowiedziani goście. Moze część z Was pamięta, że 2 lata temu zamieszczałam go tutaj na blogu. To prawda, ale przy przenosinach bloga jakiś czas temu kilkanaście wpisów przepadło, między innymi ten dla mnie najbliższy, najważniejszy, jak się okazuje, bezcenny.

Kiedy myślę o Babce Mateczki słyszę głośne warczenie białego miksera marki zelmer, czuję zapach masła rozpuszczonego w rondelku (czasami po cichu liczyłam na to, że się przypali, bo uwielbiałam zapach spalonego masła), czuję smak jajek ubitych z cukrem, które podjadałam palcem z miski. Widzę dłonie mojej Mamy, smukłe, o ładnych, zadbanych paznokciach w naturalnym kolorze, widzę jak smaruje tłuszczem foremkę na babkę (tę samą od lat, nadal w niej pieczemy), wysypuje ją tartą bułką, a potem wlewa ciasto, które układa się w blaszce aksamitnymi wstęgami. Przy kolejnych wspólnych wypiekach dostawałam zadania: począwszy od smarowania masłem blaszki i wysypywania okruchami bułki, poprzez wybijanie jajek do miski, aż po czeladniczy stopień operatora miksera - pamiętam, że czułam się wtedy już bardzo dorosła. Później często sama już robiłam Babkę Mateczki, jedynie zapalenie gazu w piekarniku pozostawało w gestii Mamy. Kiedy nauczyłam się w końcu piec je bez pomocy Mamy wtedy razem z koleżanką próbowałyśmy stworzyć je samodzielnie u niej w kuchni, miksując ciasto w maszynce do lodów. Niesamowite jest to, że zawsze wychodziło.

W zeszłym tygodniu miałam niezwykłą okazję opowiedzieć w Teleexpresie Extra o mojej pasji do fotografii kulinarnej i przepisów z zeszytów mojej Mamy i Babci. Mimo, że skupiona byłam na tym aby wszystko dobrze wyszło, to kiedy wróciłam do domu poczułam ogromną nostalgię i tęsknotę. Moja Mama odeszła ponad miesiąc temu. Jestem w żałobie jeszcze, pomyślałam, ale wiem, że niezależnie od upływu czasu smak tego prostego ciasta już zawsze będzie tak na mnie działał, będzie pachniał domem, w którym Ona opiekowała się nami.

To będą pierwsze święta bez Niej, a każde najmniejsze wspomnienie staje się takie bezcenne i wyjątkowe. Czas Adwentu jakby cofał mnie wstecz, do dzieciństwa. Zrozumiałam, że wtedy nie chodziło tylko o to, żeby być obdarowanym, aby mieć więcej prezentów, albo wszystko czego się tylko zechce. Radość była w obdarowywaniu, układaniu po cichu tych skromnych prezentów przy łóżku, wkładaniu pomarańczy do torebek, w robieniu lampionów na roraty i szykowaniu domu na święta. Moja Mama uwielbiała obdarowywać. A ponad wszystko kochała być Mamą. Jestem tego pewna. Przypomniałam sobie dzisiaj jak jeszcze parę lat temu rozmawiałyśmy o zasadności tego, że Ona nadal kupuje nam prezenty na Mikołaja (swoim zięciom też):
"Ja: Mamo, nie zawracaj sobie głowy prezentami dla nas na Mikołaja, przecież już nie jesteśmy dziećmi.
Mama: Ulczik, jesteś dorosła ale nie przestałaś przecież być moim dzieckiem i będziesz nim zawsze."







 


Babka Mateczki

Składniki:

  • 4 duże jajka (lub 5 małych) 
  • 1 szklanka cukru
  • łyżeczka esencji waniliowej lub cukier waniliowy
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 250g masła
  • opcjonalnie: 1 cytryna 
  •  bułka tarta do wysypania formy 
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C.
Masło rozpuszczamy w garnuszku.
Mąki i proszek do pieczenia mieszamy w osobnej misce.
Cukier ubijamy z jajkami na dużych obrotach tak długo, aż powstanie puszysta, jasna masa, dodajemy esencję waniliową (lub cukier waniliowy).
Wsypujemy suche składniki do ubitych jajek, miksujemy szybko. Wlewamy rozpuszczone masło (może być ciepłe) i jeszcze raz mieszamy, ewentualnie dodajemy sok i skórkę z cytryny.
Przelewamy do formy, pieczemy 45-50 minut do tzw. suchego patyczka.
Po upieczeniu wyjmujemy delikatnie z formy i studzimy na kratce.
Tę babkę można przechowywać w suchym miejscu nawet do dwóch tygodni.








1 grudnia 2017

Pomarańczowe muffiny z żurawiną



Dla mnie zima jest wtedy, gdy spadnie ten pierwszy śnieg i wbije w zadziwienie tych, co kładli się spać w szarym mieście, a wstają pośród domów i drzew obsypanych śniegowym pudrem. Właśnie pada, od kilku dni biel próbuje zawładnąć krajobrazem.

Zima jest też wtedy, kiedy pomarańcze ze sponiewieranych daleką podróżą wiórowatych i gąbczastych piłek zamieniają się w słodkie kule, ciężkie od nadmiaru soku.

Już są, leżą w skrzynkach, na targowiskach; biały, zimny śnieg pada na ich jaskrawopomarańczowe, miłe w dotyku skórki, aż dziw bierze skąd one się tutaj wzięły, małe słońca w środku burej, miejskiej zimy. Przypominają mi święta, dziecięce marzenia, bo kiedy dostawałyśmy z moją siostrą prezenty mikołajkowe, moja Mama zawsze układała je pośród pomarańczy. Kiedy dom jeszcze spał my odpakowywałyśmy lalki, książeczki, nowe kredki i ubranka. Siedząc w łóżkach oglądałyśmy prezenty i obierałyśmy soczyste pomarańcze, ręce wycierając w piżamy.

Zimowe kontrasty niosą w sobie ukojenie. Gorąca herbata najlepiej smakuje w chłodne dni, rozgrzewające korzenne potrawy wtedy, gdy pożywienie staje się jałowe i skromne, a pomarańcze najlepiej smakują zimą. Dzisiaj więc zapraszam Was na pomarańczowe muffiny z żurawiną i kardamonem. 



Pomarańczowe muffiny z żurawiną i kardamonem

Składniki na 12 porcji
  • 2 pomarańcze
  • 2 duże garści świeżej lub mrożonej żurawiny
  • 1 jajko
  • 100gram masła
  • szczypta soli
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • pół łyżeczki zmielonych nasion kardamonu
  • 1 3/4 szklanki mąki pszennej
  • 3/4 szklanki cukru (ja użyłam ksylitolu)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia 
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

Piekarnik nagrzać do 200st. 
Jedną pomarańczę obrać ze skórki i ostrym nożem powykrawać cząstki pozbawione błon, ew. sok przelać do miski. Drugą pomarańczę wycisnąć. Zblendować cząstki owocu i sok na gładko. Dodać rozpuszczone masło, wymieszać, a następnie dodać jajko, wszystko zmiksować. 
Suche składniki wymieszać w osobnej misce, a następnie szybko połączyć z mokrymi. Dorzucić żurawinę i lekko przemieszać łyżką. Napełnić foremki na muffiny i piec 20 minut.



15 października 2017

Jesienna tarta w stylu amerykańskim



Trudno już dostać takie węgierki, jakie rosły w sadzie mojej prababci: ciężko odchodzące od pestki małe, czarne śliweczki, o miąższu złotym i słodkim jak miód oraz skórce gorzkiej, ale łatwej do ściągnięcia z owocu. Powyginane, stare drzewka, na których rosły miały wysokie i chude pnie oraz gąszcz cieniutkich i gęstych gałązek, które łatwo się łamały. Chodziłam wokoło tych drzew, jako mała dziewczynka, gałązki chrupały pod stopami, a ja szukałam tylko tych śliwek, które srebrzyły się wśród trawy - im bardziej srebrzyste tym większe prawdopodobieństwo, że dopiero spadły z gałęzi i że są świeże i soczyste w środku. Kiedy je jadłam czułam nie tylko ich smak, ale też przydymiony aromat powietrza: butwiejących liści, pierwszych dymów z komina (wtedy jeszcze chyba nikt nie palił plastikiem...) i jesiennych, suchych traw.





Nie potrafię teraz znaleźć identycznych śliwek, jak te prababci, choć jeśli się postarać, można znaleźć dobre węgierki: drobne, z pomarszczonym brzuszkiem i srebrzystą skórką. Udało mi się takie dostać na straganie, więc postanowiłam nawiązać do tamtych wspomnień. Do śliwek dodałam korzenne przyprawy, które kojarzą mi się z pachnącym jesiennym powietrzem tamtych lat, którego na próżno teraz szukać w moim mieście. Ciasto na tartę z zachowanymi dzięki chłodzeniu grudkami tłuszczu po upieczeniu listkuje, chrupiąc w ustach i uwalniając aromat masła.

Mimo, że nie jest to najprostszy przepis, warto poświęcić jakieś powolne sobotnie przedpołudnie na to, aby pośród tych prostych czynności powspominać lato i te dobre chwile, które minęły.Przygotowałam go na konkurs kulinarny Hendi "Dobrze przyprawiony przepis godny Mistrza", bo uważam, że śliwki doskonale komponują się z korzennymi przyprawami, tworząc wyjątkowe, jesienne połączenie.


https://www.hendi.pl/konkurs.html




Jesienna tarta w stylu amerykańskim 


Ciasto kruche:
  • 2,5 szklanki mąki pszennej
  • 200g zimnego masła
  • 4 łyżeczki cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 jajko
  • 1 łyżka lodowatej wody

Nadzienie:
  • 3 twarde i kwaskowate jabłka
  • 500g śliwek węgierek
  • 2 łyżki masła
  • 4 łyżki cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • łyżeczka cynamonu
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1 strąk kardamonu
  • 2 goździki
  • 3 ziarenka pieprzu
  • 1 łyżeczka świeżo tartego imbiru

Mąkę, cukier, sól mieszamy w dużej misce. Dodajemy masło pokrojone w kostkę i rozcieramy z mąką opuszkami palców (można to zrobić w malakserze w trybie pulsacyjnym). Ciasto powinno przypominać okruchy chleba. Jeśli grudki masła są bardzo miękkie miskę trzeba włożyć do lodówki na 10 minut aby się schłodziły. Dodajemy rozbełtane jajko i łyżkę lodowatej wody. Szybko zagniatamy ciasto w kulę, formujemy dysk i owinięte w folie spożywczą wkładamy do lodówki na 1 godzinę.

W międzyczasie przygotowujemy nadzienie; wszystkie przyprawy ucieramy w moździerzu. Jabłka obieramy ze skórki i kroimy w kostkę, śliwki pestkujemy i kroimy na niewielkie kawałki. Owoce mieszamy delikatnie z sokiem z cytryny i cukrem. W dużym rondlu rozpuszczamy masło i wrzucamy owoce, podgrzewamy, aż owoce puszczą większość soku (około 8 minut). Zdejmujemy rondel z ognia i odcedzamy na sicie zachowując soki (!). Następnie redukujemy na średnim ogniu odcedzony sok z owoców, aż powstanie syrop. Owoce, syrop i przyprawy mieszamy w misce i odstawiamy aby przestygły.

Wyjmujemy ciasto z lodówki i dzielimy na dwie części. Jedną odkładamy spowrotem do lodówki, z drugiej wałkujemy okrąg na tyle duży, aby dało się nim wyłożyć talerz do zapiekania i jego boki i aby ciasto jeszcze wystawało poza brzegi talerza ok. 1-2 cm. Rozwałkowany okrąg wkładamy między dwa kawałki papieru do pieczenia i chłodzimy w lodówce przez min. 10 minut. Następnie wykładamy ciastem wysmarowany masłem talerz lub formę i wstawiamy do lodówki.

Rozgrzewamy piekarnik do 190 st.C. Z lodówki wyciągamy drugą połowę ciasta i wałkujemy z niej okrąg o średnicy dna talerza + 2 cm. Wkładamy rozwałkowany okrąg między papier do pieczenia i schładzamy 10 minut.

Wyciągamy formę wyłożoną ciastem i napełniamy ją schłodzonym nadzieniem formując na środku kopczyk. Wyciągamy z lodówki rozwałkowany wierzch ciasta: można nim nakryć nadzienie w całości i wyciąć tylko otwory wentylacyjne na górze, bądź pokroić na paski i zrobić gęstą kratkę (ja wybrałam tym razem drugą wersję). Zwisające poza ranty formy ciasto zawijamy do góry łącząc z wierzchem tarty i zaciskając formujemy ozdobny rant. Smarujemy wierzch rozbełtanym jajkiem i posypujemy cukrem.

Ostatni raz chłodzimy tartę przez 10 minut, a następnie wkładamy do rozgrzanego pieca i pieczemy 50 minut. Przed podaniem tarta musi dobrze ostygnąć, co jest chyba najtrudniejszym zadaniem :)


19 września 2017

Bułeczki nocne




Późny niedzielny wieczór, wracamy do domu od znajomych. Córka pakuje się do szkoły, ja szykuję mleko dla młodszego i odkrywam w chlebaku piętkę z chleba. Znacie to? Mnie się zdarza czasami,  a że w szkole mojej córki nie ma bufetu, bez śniadaniówki z kanapkami ani rusz. Na takie opcje polecam przepis na te bułeczki nocne. Nocne to znaczy, że ciasto mieszam wieczorem w robocie kuchennym i wkładam z miską do lodówki, a rano zaraz po obudzeniu (u mnie to 6:20) odpalam piekarnik i formuję bułeczki, które wyrastają mniej więcej tyle ile nagrzewa się piec. Ja w tym czasie robię kawę i owsiankę, a potem lecę szykować do wyjścia córkę i siebie w międzyczasie ładując blachę z bułkami do piekarnika.
Oczywiście można by te bułki upiec w niedzielę, po całym tym wieczornym obrządku, ale powiem szczerze, że w niedzielę wieczorem nie mam siły na pieczenie, więc jeśli mogę coś zrobić aby sobie skrócić aktywność - to korzystam z takiej opcji. Ponadto bułeczki drożdżowe mają to do siebie, że najlepiej smakują świeże, a więc naprawdę fajnie je upiec rano.

Przede wszystkim jednak: czy nie fajnie jest zacząć nowy tydzień od zapachu świeżo mielonej i zaparzonej kawy oraz pieczywa z czarnuszką?


Bułeczki nocne

8-10 bułeczek

  • 2,5 szklanki mąki pszennej uniwersalnej/luksusowej
  • paczka drożdży instant (8g)
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1/4 szklanki oleju roślinnego (o neutralnym zapachu, np z pestek winogron)
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/3 szklanki wody
  • 1/3 szklanki mleka (lub dla wersji wegańskiej tyle samo wody)
oraz:
  • jajko
  • ziarna do posypania np. czarnuszka, mak, sezam itp.

Wszystkie składniki wrzucamy do misy miksera i wyrabiamy na gładkie, miękkie ciasto. Jeśli wyrabiacie ręcznie, nie dosypujcie za dużo mąki - ciasto w miarę wyrabiania rozwinie siatkę glutenową i będzie jednolite.
Wyrobione ciasto formujemy w kulę i wkładamy do miski wysmarowanej delikatnie oliwą, przykrywamy folią spożywczą i wkładamy do lodówki.
Uwaga: jeśli chcecie zrobić te bułki bez wyrastania w lodówce po prostu połóżcie miskę w ciepłym miejscu na 1,5h aż ciasto podwoi objętość.
Rano nastawiamy piekarnik na 210 st. C z blachą w środku. Wyjmujemy schłodzone ciasto z miski  na blat i dzielimy na 8 równych części. Zostawiamy na 5 minut aby się zagrzało, a następnie formujemy bułki: zwyczajne okrągłe, podłużne lub takie zaplatane jak na moich zdjęciach (zdjęcia krok po kroku jak zapleść bułki znajdziecie poniżej). Dużą deskę lub tacę wykładamy papierem do pieczenia i układamy na niej bułki, zostawiamy do wyrośnięcia na 15 minut (piekarnik powinien już być wtedy nagrzany). Przed włożeniem do pieca smarujemy roztrzepanym jajkiem i posypujemy ziarnami, ostrożnie zsuwamy papier z bułeczkami z tacy prosto na rozgrzaną blachę. Pieczemy 20 minut.






Jak zapleść bułeczki?


  • z ciasta formujemy wałek o długości 20 cm (1)
  • krzyżujemy przeciwległe końce tworząc pętelkę (2)
  • przekładamy lewy koniec wałeczka przez dziurę w pętelce tworząc supeł (3), a następnie kierujemy ją w górę i na lewo podwijając pod spód (4)
  • prawy koniec wałeczka zawijamy od spodu na górę (5) i dociskamy w środek bułeczki (6)
  • gotowe!




14 września 2017

Maliny w syropie + etykiety do wydruku




Maliny to moje ulubione owoce i zawsze mi szkoda gdy sezon na maliny już się kończy! To symbol uciekającego lata: wrzesień to ostatni miesiąc, gdy można kupić je na straganach. Najbardziej lubię je jeść prosto z krzaka, ewentualnie z łubianki kiedy są świeże i słodkie od słońca. Albo smoothie: pamiętam gdy w pierwszej ciąży moja podstawową zachcianką były maliny (akurat był grudzień) i nie zapomnę jak w czasie zakupów świątecznych w Krakowie wpadliśmy do kawiarni gdzie akurat w karcie był pyszny smoothie malinowy - bez żadnych dodatków smakowych, czysta esencja malin! Ale to było pyszne!

Uwielbiam zimową porą otworzyć też słoik malin i dodać je do gorącej herbaty, ewentualnie z plasterkiem imbiru i szczyptą cynamonu. Taka herbatka doskonale rozgrzewa cały organizm. W zeszłym roku udało mi się takim sposobem poradzić z przeziębieniem i oszczędzić sobie zażywania przeróżnych tabletek.

 

 

Jak przygotować maliny w syropie?


W tym roku zamroziłam trochę malin oraz zawekowałam je w prosty sposób, którym podzieliła się ze mną mama mojego szwagra - u nich w domu maliny zimową porą to normalna sprawa, ja niestety zawsze przesypiam sezon malinowy i zapominam zachować te cudowne owoce albo po prostu wszystko co przyniosę do domu znika w okamgnieniu.

Przepis na maliny w syropie dostałam od mamy mojego szwagra - to fajny, wygodny sposób na zawekowanie malin. Owoce po prostu przesypuje się cukrem, odstawia i pasteryzuje.

Najważniejsze (jak zawsze): super czyste słoiki i zakrętki, wyprażone bądź wygotowane.

 

 

 

Maliny w syropie (zasypywane cukrem)

Potrzebne będą:

  • maliny  (przebrane, tylko idealne owoce)
  • cukier

oraz:
  • czyste i wyprażone słoiki i zakrętki
  • duży garnek do pasteryzacji wyłożony ściereczką

Do słoików wkładamy maliny warstwowo na przemian z cukrem, tak aby nie gnieść owoców tylko lekko je dociskać. Cukru musi być niestety dosyć sporo, owoce muszą być zasypane taką warstewką aby prawie nie było ich widać (ok 3 łyżki na średni słoik). Warstwa po warstwie wypełniamy słoiki takim przekładańcem do samej góry, nakrywamy nakrętkami lekko tylko przykręcając i zostawiamy na kilka godzin lub na noc. 
 Kiedy maliny puszczą sok i trochę się uleżą dokładamy jeszcze parę warstw aby słoiki były wypełnione pod samą zakrętkę. Dobrze zakręcamy i wkładamy słoiki do garnka tak, aby nie dotykały ścianek, wypełniamy wodą do 3/4 wysokości i doprowadzamy wodę do wrzenia, a następnie zmniejszamy ogień i pasteryzujemy 20 minut. Wyjmujemy ostrożnie, odwracamy do góry dnem i zostawiamy na do przestygnięcia.



Etykiety do wydruku / Printable labels 

 

Przygotowałam dla Was także projekt etykiet do wydruku. Etykiet nie trzeba drukować na samoprzylepnym papierze, wystarczy zwykły papier do drukarki, po wycięciu posmarujcie etykietki wacikiem nasączonym w... zwykłym mleku i przyklejcie. Po wyschnięciu etykiety trzymają się świetnie, a taki klej nie niszczy się, nie pleśnieje, jest bardzo trwały i łatwo schodzi potem ze słoików przy myciu :)

Tutaj można pobrać etykiety / Here you can download printable labels:

"MALINY" ETYKIETA W JĘZYKU POLSKIM -> klik
"RASPBERRIES" LABEL IN ENGLISH -> clik








I jeszcze trochę malinowego klimatu na zdjęciach! Zobaczcie:
 






8 września 2017

Placki z cukinii z komosą



Sierpień i wrzesień to okres, w którym już rutynowo przynoszę cukinie do domu. Kiedy nie mam na nie pomysłu grilluję plastry na patelni grillowej, skrapiam oliwą, cytryną i jem z kromką razowego chleba. Pamiętam z dzieciństwa bigos z cukinii, który gotowała moja Mama na wakacjach. Jeździliśmy w okolice Bieszczad, gdzie na nieskażonej przemysłem ziemi rosły cukinie rosną tak szybko, że ciężko chyba dopaść je w stanie eleganckich, młodych cukinii o delikatnej skórce - po deszczu i na żyznej ziemi wszystko rośnie w mgnieniu oka. Kręciłam nosem ten bigos - teraz oddałabym wiele za jedną miseczkę.
Albo kotlety z cukinii, panierowane i smażone na patelni - jedliście takie w domu? Kotlety uwielbiałam, smakowały wg mnie podobnie do panierowanej i smażonej kani, którą czasami przynosił z wypraw na grzyby mój Tato. Nie przepadałam za to nigdy kremem z cukinii, który jest jak dla mnie zbyt delikatny. Lubię bardziej wyraziste zupy, a krem smakował mi tylko raz, kiedy go lekko przypaliłam :)

Placki z cukinii były moją zmorą dopóki moja znajoma nie podzieliła się ze mną tą recepturą. Przepis pochodzi z książki kucharskiej Beaty Sadowskiej i przyznaję, że na początku sceptycznie do niego podeszłam, bo generalnie z plackami warzywnymi jestem trochę na bakier. Cukinia zawiera dużo wody, a więc wyzwanie jest podwójne aby takie placki zrobić tak, żeby się nie rozpadły.

Za to uwielbiam komosę za jej smak i wartości odżywcze: jest bogatym źródłem błonnika, cennych witamin z grupy B (tiaminy i niacyny) oraz zawiera sporą dawkę białka. Zachęcam Was do tego przepisu: to idealny i sycący obiad, podany z sałatką z pomidorów albo zieleniny urozmaici na pewno Wasze codzienne menu :)


Placki z cukinii z komosą ryżową

składniki na 4-5 osób
  • 2 1/2 szklanki ugotowanej komosy ryżowej (quinoa)
  • 3 szklanki startej surowej cukinii
  • 1 szklanka rozgniecionych pestek dyni
  • 2 jajka
  • 1/2 szklanki startego parmezanu
  • 1 szklanka bułki tartej (lub bułka tarta pół na pół z mielonym lnem)
  • sok z połowy cytryny
  • 1 łyżka musztardy gruboziarnistej
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 pęczek posiekanej pietruszki
  • 1 łyżeczka oregano
  • 1 łyżeczka rozmarynu
  • olej rzepakowy do smażenia
Sos jogurtowy:
  • duży kubek jogurtu naturalnego
  • 2 ząbki czosnku roztarte z solą
  • łyżeczka musztardy
  • płaska łyżeczka miodu
  • soi i świeżo mielony pieprz


Przygotowujemy sos: miód mieszamy z musztardą, czosnkiem i łyżką jogurtu na jednolitą masę. Dodajemy resztę jogurtu i doprawiamy solą i pieprzem. Odstawiamy.

Składniki na placki mieszamy. Ponieważ w przepisie jest parmezan i musztarda oraz quinoa, którą gotujemy w osolonej wodzie placków nie trzeba dodatkowo solić. Formujemy niezbyt grube placki (ja lubię nieduże placuszki wielkości 1/2 dłoni) i smażymy na rozgrzanym tłuszczu, na średnim ogniu.






Porady dla początkujących kucharzy:

  • Patelnię zawsze najpierw rozgrzewam na sucho, następnie wlewam na nią olej. Kiedy olej będzie miał już odpowiednią temperaturę (sprawdzam to kładąc odrobinkę masy na patelni, powinna zacząć od razu się smażyć) zmniejszam ogień do średniego, tak aby placki smażyły się dłużej i były złociste i gotowe w środku. Zbyt duża temperatura: spalone placki z zewnątrz, surowe w środku. Zbyt niska temperatura: placki nasiąknięte tłuszczem.
  • Placki warzywne lubią się mimo wszystko czasem rozwalać, warto odcisnąć startą cukinię przed wymieszaniem jej z resztą składników. Im mniej wody w masie tym bardziej zwarte placki.
  • Ten przepis to fajna baza do eksperymentów, np. można zamienić pestki dyni na pestki słonecznika lub inne nasiona, użyć różnych ziół, warzyw tartych, zamienić bułkę tartą na len dla wersji bezglutenowej, lub wyrzucić parmezan i lnem zastąpić jajka dla wersji bez nabiału. Ważne aby trzymać się zasady: ugotowane ziarna (quinoa, kasza, ryż) -> starte warzywa (cukinia, bakłażan, marchew, pieczarki, korzeń pietruszki, seler, burak) -> spoiwo: jajka, parmezan, starty ser, len, chia -> dodatki smakowe: zioła świeże lub suszone, musztarda, przyprawy.
  • Robiłam także wersję okrojoną tłuszczowo: bez parmezanu i z połową porcji oliwy w cieście, formowałam placki i piekłam je na papierze do pieczenia w piekarniku - udało się :)






25 sierpnia 2017

Miska pełna zdrowia - smoothie bowl





Smoothie bowls - miseczki z witaminowym koktajlem - to ciekawy wynalazek, który stał się kulinarnym trendem w 2015 roku - tak oto butelki i słoiki z koktajlem zastąpiły smoothie w postaci... owocowej zupy. Zupy owocowe to był koszmar mego dzieciństwa. Najgorszą jego odsłoną była zupa ze śliwek z tłuczonymi ziemniakami, którą robiła moja prababcia. Dużo lepiej znosiłam zupę wiśniową z makaronem (myślę, że za rok odważę się ją zrobić).
Smoothie bowl jest dla mnie lepszą wersją tamtych zup: koktajl owocowo-liściasty podany w takiej formie, aby można było także nacieszyć zmysł wzroku, o przyjemnej, aksamitnej teksturze.

Przypuszczam, że do rozpropagowania tych miskowych koktajli przyczynił się Instagram, gdzie blogerzy kulinarni i styliści mają większe pole do popisu fotografując te kolorowe, bogate miski i prześcigając się w pomysłach na stylizacje.

Naprawdę jest na co patrzeć: smoothie w takiej formie można ozdobić owocami, ziarnami, płatkami, masłami orzechowymi, jadalnymi kwiatami. Są i tacy co układają na wierzchu słodycze, ale to już dla mnie przerost formy nad treścią (przecież ma być w miarę zdrowo ;)

Przygotowywanie tych miseczek to także super zabawa dla dzieci. Nic prostszego: przygotujcie na stole parę miseczek, w których mogą znaleźć się:
- drobne owocami jagodowe (mogą być mrożone) w różnych kolorach, np. maliny, borówki, jagody, jeżyny, porzeczki, agrest, truskawki
- większe owoce pokrojone na cieniutkie plasterki np. jabłka, gruszki, kiwi, banany, mango,
- płatki np. zbożowe, kokosowe, granola,
- orzechy,
- nasiona dyni, słonecznika, chia, siemię lniane,
- niesiarkowane suszone owoce: rodzynki, kawałeczki moreli, śliwek,
- masła orzechowe, migdałowe,
- jadalne kwiaty albo ich płatki: róże, bratki, nagietki, nasturcje, lawenda
- oraz ewentualnie dosładzacz taki jak np. miód, syrop z agawy czy syrop klonowy.

Potem zmiksujcie większą ilość koktajlu i rozlejcie do misek. Tak przygotowane okrągłe "podobrazia" można rozdać małym artystom i pozwolić aby puścili wodze fantazji i stworzyli piękne i jadalne abstrakcje :)

Poniżej przedstawiam moje ulubione warianty smoothie. Najważniejsze uwagi: smoothie w postaci zupy jedzonej łyżką musi być dużo gęstsze niż to, które podaje się w szklance. W tym celu używamy mrożonych owoców (mrożony banan jest idealną bazą), jeśli macie mocny blender kielichowy to można dorzucić parę kostek lodu. Dzięki temu dodatki na powierzchni smoothie nie zatoną i efekt wizualny będzie naprawdę wyjątkowy.

Zielony smoothie

1 porcja (zdjęcie tytułowe)

• 1/2 zamrożonego banana (dzięki temu smoothie będzie zmrożone i gęste, utrzyma ciężar dodatków)
• 1/4 awokado
• 1/2 szklanki kefiru lub jogurtu naturalnego
• duża garść świeżego szpinaku
•  duża garść jarmużu obranego z grubszych łodyżek

Składniki wrzucamy do blendera i miksujemy, dosyć długo aby koktajl był gładki.


Żółty smoothie

1 porcja

• 1/2 zamrożonego banana (dzięki temu smoothie będzie zmrożone i gęste, utrzyma ciężar dodatków)
• 1/2 szklanki zamrożonego ananasa w kostkach
• 1/2 szklanki jogurtu naturalnego
• 1/8 szklanki soku pomarańczowego

Składniki wrzucamy do blendera i miksujemy, dosyć długo aby koktajl był gładki.

 

Fioletowy smoothie

1 porcja

• 1 zamrożony banan (dzięki temu smoothie będzie zmrożone i gęste, utrzyma ciężar dodatków)
• duża garść mrożonych jagód i malin
• 1/2 szklanki mleka kokosowego

Składniki wrzucamy do blendera i miksujemy, dosyć długo aby koktajl był gładki.



 

Czerwony smoothie

1 porcja

• 1/2 zamrożonego banana (dzięki temu smoothie będzie zmrożone i gęste, utrzyma ciężar dodatków)
• pół szklanki mrożonych truskawek
• szklanka pokrojonego arbuza
• 1/2 szklanki mleka roślinnego
• odrobina soku z cytryny

Składniki wrzucamy do blendera i miksujemy, dosyć długo aby koktajl był gładki.

...................

Na koniec parę uroczych miseczek:







18 sierpnia 2017

3 sposoby na: placki owsiane

 


Są jak lembasy, elfickie bochenki chleba na przetrwanie. Uniwersalne, zdrowe i łatwe w przygotowaniu. W jednym placku owsianym można zmieścić wszystkie makroskładniki jakich potrzebujemy na śniadanie: węglowodany, białko, tłuszcz. Takie właśnie są: napakowane białkiem, dobrymi węglami, usmażone na odrobinie oleju, oliwy (można je także upiec). Można im sypnąć trochę superfoodowego ziarna takiego jak siemię, chia, doprawić cynamonem bądź wanilią.
Ważne żeby nie dodawać cukru, bo po co. Można je dosłodzić owocami położonymi na wierzchu, dojrzałym bananem, ewentualnie odrobiną miodu lub innego słodu.

Placki owsiane, bo o nich dzisiejszy post, jadłam codziennie kiedyś kiedy miałam siłę i czas trenować crossfity. Mają dużo białka, niektórzy sypią do nich jeszcze jakieś cudowne proszki ze sklepów dla pakerów, ale ja jestem za tym, aby trzymać się natury, na ile to możliwe. Kulturystką nie będę, ale teraz wracam do siebie, bo po trzeciej ciąży i z 40stką na karku nie służą mi już gofry na śniadanie, oj nie, a croissanty zostawiam naprawdę na wyjątkowe okazje :) Trzeba się z tym pogodzić i cieszyć się dobrym, zdrowym jedzeniem, tym bardziej, że placki owsiane mogą być czarujące z wyglądu.

Kiedy w ciąży miałam cukrzycę ciężarnych ratowały mnie przed rzuceniem się na chleb, którego zabroniła mi lekarka. Dla osób z zapotrzebowaniem na białko w diecie mogą być właśnie dobrym rozwiązaniem, które syci, w którym można przemycić len, czarnuszkę, chię, albo porcję medycznego białka.

Największa zaleta dla mnie to fakt, iż moje dzieci je lubią. Więc kiedy mają już dosyć owsianki dla odmiany robimy placki owsiane (albo smażymy je w gofrownicy aby były jeszcze bardziej atrakcyjne).


 

 

Placki owsiane - wersja neutralna

porcja na 1 osobę: 

1/2 szklanki płatków owsianych
2 jajka
dowolne ziarna: chia (max. 1 łyżka), świeżo zmielone siemię
szczypta soli
olej kokosowy bądź masło klarowane

dodatki na słodko albo na słono wedle uznania


Płatki wkładam do wysokiego kubka i mielę blenderem ręcznym, dodaję jajka, ziarna, sól, miksuję.
Na patelni rozgrzewam olej, nakładam łyżką porcje placuszków i smażę z dwóch stron na złoto. Gdy naleje mi się za dużo oleju na patelnię odsączam na ręczniku. Podaję na słodko z jogurtem i owocami lub jem na słono z hummusem, pastami twarogowymi albo po prostu z serkiem i pomidorem, tak jak kanapkę.


Placki owsiane z bananem na słodko

porcja na 1 osobę: 

1/2 szklanki płatków owsianych
2 jajka
1/2 dojrzałego banana
łyżka zmielonego siemienia
szczypta cynamonu
szczypta soli
opcjonalnie: dowolne ziarna
olej kokosowy bądź masło klarowane

do podania:
jogurt grecki
owoce sezonowe

Płatki wkładam do wysokiego kubka i mielę blenderem ręcznym, dodaję banana, jajka, cynamon, siemię, ziarna, sól, miksuję.
Na patelni rozgrzewam olej, nakładam łyżką porcje placuszków i smażę z dwóch stron na złoto. Gdy naleje mi się za dużo oleju na patelnię odsączam na ręczniku. Podaję z jogurtem i owocam.


Omlet owsiany:

porcja na 1 osobę: 

1/2 szklanki płatków owsianych
3 jajka
szczypta soli
olej kokosowy bądź masło klarowane

do podania:
coś słodkiego: 1/2 banana lub łyżeczka miodu/słodu ryżowego/syropu z agawy
owoce i ew. jogurt

Płatki owsiane miksuję blenderem ręcznym na drobną mąkę.
Oddzielam białka od żółtek, białka ubijam ze szczyptą soli na sztywno, dodaję po jednym żółtku i ubijam dalej. Dosypuję mąkę owsianą i mieszam szpatułką (nie miksuję). Rozgrzewam tłuszcz na patelni i wylewam masę, rozprowadzając równomiernie. Smażę omlet na bardzo małym ogniu aż będzie złoty, odwracam dwoma szpatułkami bądź przy pomocy talerza i smażę jeszcze chwilę z drugiej strony, aż będzie rumiany.
Przekładam na ciepły talerz i dekoruję owocami.