30 listopada 2008

Chleb owsiany z nutą orientu


Po ostatnim nieudanym pieczeniu Bialysów, które wyszły pyszne ale tak blade, że moja Mama zapytała kiedy je będę piekła (one były JUż upieczone), postanowiłam odpuścić sobie. Do czasu nowej kuchni.
Na szczęście jednak skusiłam się na obietnicę korzennego, pysznego chleba, który idealnie komponuje się z miodem i szklanką mleka. Chlebek wyszedł pyszny, choć w mojej wersji, oczywiście, blady. Nie potrzebnie też rozsmarowałam przyprawy po rozwałkowanym cieście zamiast po prostu oprószyć je - w efekcie ciasto nie przerosło w miejscach zwinięcia i wyszedł taki śmieszny ślimaczek.

Przepis podaję za Agatką, która w tym tygodniu gospodarzy weekendowej piekarni i podała taki fajny przepis:

Chleb owsiany z nutą orientu2 niewielkie bochenki
* 370ml wrzątku
* 65g płatków owsianych (zwykłe lub błyskawiczne)
* 100g sezamu
* 7g drożdży instant lub 25g świeżych drożdży piekarskich
* 60ml ciepłej wody
* 2 łyżki cukru
* 2 łyżki stopionego masła
* 2 łyżeczki soli
* 70g mąki pszennej pełnoziarnistej
* 500-550g mąki pszennej
* 2 łyżki cynamonu mielonego
* 2 łyżeczki imbiru mielonego

Do pieczenia: 2 prostokątne formy o wymiarach 20x11 cm wysmarowane tłuszczem

Płatki owsiane wsypać do dużej miski, zalać wrzątkiem, wymieszać i odstawić aż wchłoną wodę. Masło rozpuścić i wystudzić.
Sezam zrumienić na suchej patelni, wsypać do owsianki, odstawić do wystudzenia.
Świeże drożdże rozczynić ciepłą wodą, dodać cukier i odstawić na 10-15 minut (jeśli używamy drożdży instant, wymieszać je z mąką).
Do owsianki dodać masło, sól i drożdże. Dodawać obie mąki, aż powstanie sztywne ciasto. Przykryć ściereczką i dać ciastu odpocząć przez kwadrans.
Wyłożyć ciasto na oprószony mąką blat i wyrabiać, aż będzie jedwabiście gładkie (ok. 15 minut). Włożyć do lekko natłuszczonej miski, obrócić aby całe lekko pokryło się tłuszczem. Miskę przykryć i odstawić w ciepłe miejsce na 1 godzinę (ciasto powinno podwoić objętość).
Wyjąć ciasto z miski, zbić i podzielić na dwie części. Każdą część rozwałkować na prostokąt 20x28 cm, oprószyć imbirem i cynamonem. Zwinąć wzdłuż dłuższego boku i ułożyć w blaszkach łączeniem do dołu. Odstawić w ciepłe miejsce na 1 godzinę.
Piec w piekarniku rozgrzanym do temperatury 190 stopni przez ok. 35-40 minut. Chleb będzie gotowy, kiedy stukając w bochenek będzie słychać głuchy odgłos. Wyjąć z piekarnika i studzić na kratce.


29 listopada 2008

Tarta cytrynowa

Aleksander Gierymski "Żydówka z cytrynami" (Pomarańczarka), 1881

Jakie to dziwne, że w moim odczuciu najlepszym tłem dla okrągłej, soczystej i słonecznej pomarańczy jest zmarznięta dłoń odziana w rękawiczkę z grubej włóczki.. A może to powidok zakupów na straganach zimą, kiedy to ulice miasta są bure, o przydymionym powietrzu i powycieranym śniegu w zakamarkach podwórek. Wtedy sprzedawczynie ze straganów na Mickiewicza stoją zastawione kopcami pomarańczy, mandarynek, cytryn i grejpfrutów. Czerwonymi z zimna palcami pakują aromatyczne owoce do szarych tytek, drugą ręką sięgając do tacki z bilonem aby wydać resztę. Chociaż jest zima to jest jakoś tak cieplej, ludzie udają zmęczenie przedświątecznymi zakupami aby tak naprawdę nie przyznać się do tego, że kochają święta, tak samo, od zawsze, tą samą wyczekującą miłością co dzieci z których przed laty wyrośli.


Postanowiłam, że nie mogę się tak męczyć i raz w tygodniu robię sobie wolne od diety i od przyrządzania nudnych posiłków (bo niestety bez pręgierza i jadłospisu nie potrafię :))
Tak więc korzystając z okazji zrobiłam sobie i ja Cytrusową Chwilkę z jednym z moich ulubionych cytrusów w roli głównej. Przyrządziłam tartę cytrynową autorstwa Alberta Kumina. Ów pan był cukiernikiem w takich nowojorskich restauracjach jak: nieistniejąca już Windows of the World, która mieściła się na szczycie północnej wieży WTC, czy też wytwornej Four Seasons. Albert Kumin był także nauczycielem w szkole DeGustibus, i to tam uczył przyrządzać tę kruchą skorupkę wypełnioną cytrynowym nadzieniem.


Zastanawiałam się cóż to za tarta, szef cukierników, który pracował w tak ekskluzywnych miejscach musi wszak podawać tylko niebanalne desery.
Nie myliłam się. Tarta jest ultraprosta a jednocześnie nie banalna.

Tarta cytrynowa
De Gustibus Lemon Tart
Albert Kumin


poglądowo:
1 filiżanka - cup (US) - 240 ml
1 łyżka (US)- 14,7 ml

•kruche ciasto:
1 1/2 filiżanki i łyżka mąki pszennej tortowej
1/2 filiżanki masła, pokrojonego na kawałki i schłodzonego
szczypta soli
1/4 filiżanki + dwie łyżki lodowatej wody

•nadzienie:
1 filiżanka zimnej wody
1/4 filiżanki skrobi kukurydzianej (cornstarch)
1/2 filiżanki i dwie łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny, przecedzonego przez sitko
1/2 filiżanki cukru
5 dużych żółtek w temperaturze pokojowej
6 łyżek masła w temperaturze pokojowej

•do dekoracji (opcjonalnie):
1 filiżanka śmietanki kremówki

Mąkę przesiałam do miski od blendera, wrzuciłam 1/2 filiżanki zimnego masła i posiekałam malakserem aż powstały okruchy- można też ciasto posiekać w misce widelcem. Dodałam sól i 2 łyżki lodowatej wody i już przy pomocy widelca delikatnie ale szybko zagniotłam ciasto (w razie potrzeby można dodać jeszcze po łyżce po trochu pozostałą wodę). Uformowałam kulkę i owinąwszy w folię włożyłam do lodówki na 30 minut.
Przed upływem 30 minut nagrzałam piekarnik do temperatury 180 stopni. Ciasto wywałkowałam do średnicy ok.29 cm. Przygotowałam tortownicę o średnicy 25 cm (przepis jest na 22 cm foremkę), bo nie mam formy na tartę z wyjmowanym spodem. Ciasto delikatnie przełożyłam do środka, docisnęłam do spodu i wyrównałam boki. Nakłułam widelcem w kilku miejscach. Na ciasto położyłam pergamin i obciążyłam sucha fasolą. Piekłam 14 minut, po czym zdjęłam obciążenie i papier i dopiekłam jeszcze wierzch przez 3 minuty.
W czasie kiedy ciasto odpoczywa w lodówce można przygotować nadzienie. Odmierzyłam 4 łyżki zimnej wody i w małej miseczce wymieszałam dokładnie ze skrobią. Odstawiłam.
Resztę wody wlałam do rondla z grybym dnem, wymieszałam z cukrem i sokiem cytrynowym i postawiłam na średnim ogniu. Podgrzewałam, dokładnie mieszając póki mieszanina prawie nie zaczęła się gotować (ok. 3 minut). Taką "lemoniadę" odstawiłam.
Żółtka ubiłam z miksturą skrobi z wodą Bardzo dokładnie mieszając wlałam trochę gorącej "lemoniady" aby zahartować żółtka, chwilę mieszałam i jeszcze raz dolałam trochę gorącego płynu ciągle mieszając, a następnie przelałam żółtka do reszty gorącej lemoniady w rondlu. Cały czas trzeba energicznie mieszać, aby nie zrobił się omlet!!! Energicznie mieszając doprowadziłam masę do wrzenia i natychmiast zdjęłam z ognia i wmieszałam dokładnie masło.
Masę przełożyłam do miski, przykryłam folią spożywczą aby nie zrobił się kożuch i lekko przestudziłam. Następnie napełniłam upieczony spód i pozwoliłam aby tarta całkowicie ostygła.
Można przyozdobić bitą śmietaną i schłodzić w lodówce.


Nadzienie robiłam dwa razy. Za pierwszym razem wyszedł mi okropny omlet cytrynowy, który prawie całkowicie zniechęcił mnie do tego przepisu. Jednak szkoda mi było mojej pracy i pachnącego masłem wypieczonego spodu więc jeszcze raz, dokładnie, cierpliwie i krok po kroku zaczęłam robić cytrynową masę. No i wyszła! I to jaka! Takiego właśnie smaku, niebanalnego ale urzekającego w swojej prostocie już od dawna szukałam :)



24 listopada 2008

Zima

Mój świat nagle zrobił się biały, czysty jak kartka papieru. Za oknem świat przytulny, wyłożony białą watą, tłumiącą wszelkie gwałtowne dźwięki i ruchy. Kot grzejąc swoje wyciągnięte łapy przed kominkiem zadowala się spacerem w wyobraźni, wspomnieniami lata i buszowania w zielonej, nieskoszonej trawie. Z pieca wyjęłam kolejny blady chleb..
Ostatnio nie gotuję. To znaczy, gotuję ale minimalistycznie. Jestem na diecie - cóż za absurdalnie tendencyjne wytłumaczenie ucieczki z kuchni. A może podświadomie uciekłam. Kolejne chleby choć pyszne to blade, przestrzeń kuchenna nie nadająca sie do relaksu i twórczej pracy. Aparat padł. Na wymarzoną lustrzankę muszę poczekać jeszcze dokładnie 31 dni, a więc uciekając od kuchni układam w głowie niebieskie migdały, układam słowa, obrazy, zapachy..

Wracając do tematu diety - rygor spożywania takich okrojonych-ze-wszystkiego potraw po dwóch tygodniach zaczął mi sprawiać przyjemność - czuję jak nabierają pokory nie tylko moje ciało ale przede wszystkim zmysły. Tak więc walczę ze sobą.

Póki co, to może poczęstuję Was muzyką, taką jak ten wyciszony świat za oknem. Muzyka jest teraz dla mnie takim substytutem dobrego jedzenia :)

14 listopada 2008

Miechunkowa galaretka


Jakaż była moja radość kiedy jakiś czas temu natknęłam się w moim ulubionym markecie na paletę pełną koszyczków z physalisem, czy bardziej po naszemu, miechunką. Uwielbiam tego pomidorka w spódniczce! Owoce były w idealnym stanie i w tak przystępnej cenie, że bez namysłu zaopatrzyłam się w zapas, który pozwoliłby mi zatrzymać smak tego owocu na dłużej w formie słodkiej galaretki do deserów. Ów sos jest dla wielbicieli słodkości tym, czym dla Kubusia Puchatka baryłka miodu :)
Sam owoc ma smak delikatny - taki jakby wyodrębnić delikatność miąższu pomidora, truskawki, poziomki..może maliny.

Pamiętam kompozycję suszonych kwiatów, którą ułożyła moja Mama i która stała w wazonie na kredensie. Jako dziecko najbardziej lubiłam "kwiaty" miechunki ozdobnej. Były dla mnie tajemnicą o chropowatej fakturze, chowającą w środku błyszczący, pomarańczowy owoc, który był niestety niejadalny. Kiedy mama nie patrzyła rozcapierzałam delikatnie płatki miechunki, aby przez maleńki otwór zajrzeć do środka, czy czasem na błyszczącej jagodzie nie zasnęła Calineczka..


Miechunkowa galaretka

na szklankę obranych owoców miechunki użyłam:
3/4 szklanki cukru trzcinowego
1/3 szklanki soku ananasowego
i 2 łyżeczki soku z cytryny
szczypta startej skórki pomarańczowej

Owoce miechunki wrzuciłam do rondla z grubym dnem, wsypałam cukier i dodałam sok ananasowy i cytrynowy oraz skórkę. Podgrzałam całość aż cukier się nie rozpuścił a płyn nie zaczął bulgotać. Lekko rozgniotłam owoce praską do ziemniaków, aby uwolniły swój aromat i sok. Smażyłam całość 25 minut, stopniowo zmniejszając gaz do minimum, aż skórki owoców nie zeszkliły się. Całość cudownie zaczęła pachnieć karmelem, orzechami - był to bardzo specyficzny zapach, który trudno opisać. Gotową galaretkę przełożyłam do wyparzonego słoika i po przestudzeniu wstawiłam do lodówki.
Ledwie przestudzoną ułożyłam na talerzu razem z kulką kwaskowatych, jogurtowych lodów i posypałam prażonymi migdałami.
Nie wiem, jak długo galaretka może przetrwać w sterylnym zakręconym słoiku, bo moje zawsze znikają w ekspresowym tempie.
Jednak znalazłam u Liski wspaniale brzmiący przepis na dżem z physalisu, niestety po fakcie zużycia całości moich miechunek. Cukier żelujący zapowiada physalisową przyjemność zachowaną na dłużej. Jakże byłoby miło przypomnieć sobie dziś wieczorem, zupełnie przypadkiem, o zalegającym w głębi spiżarni słoiczku takiego złocistego dżemu...

9 listopada 2008

Pierogi Ruskie (Gotujemy po polsku!)



Pierogi to w naszym domu towar..luksusowy. Lepienie pierogów to nie tylko zajęcie "demode", ale także ciężka praca i to dosyć żmudna. Dodatkowo, moim zdaniem, jak już robić pierogi, to te idealne - lepione ręcznie, wypełnione po brzegi farszem, z fikuśną falbanką. Nie przepadam za pierogami robionymi szczękami lub innymi tego typu przydasiami - jest w nich za dużo powietrza, a falbanki są takie..fabrycznie równe.
Kiedyś częściej "pierogowałam", teraz nie mam na to czasu. A szkoda, bo w czasie piątkowego zmierzchu, stojąc nad kuchennym stołem i klejąc te małe, pocieszne pierogowe muszle, odkryłam że to zajęcie jest bardzo wyciszające.. Znikające ze stołu kółka rozwałkowanego ciasta, farsz ubywający z miski po łyżce i równe rzędy pierogowych półksiężyców wprawiły mnie w błogą zadumę.
Uwielbiam pierogi ruskie. Dziwne na pozór: pierogi z ziemniakami. Kiedyś ich nie lubiłam, bo też nie trafiłam na takie "prawdziwe". Według mnie zmielony farsz w postaci papki to nie jest to, o co chodzi w tym daniu - nadzienie powinno raczej być grudkowate, z ugniecionych ziemniaków, z tłustym, zwięzłym twarogiem, zeszklona cebulką i grubo mielonym pieprzem.
Pamiętam te pierwsze przełomowe. Lepiłam je z pewną stareńką panią, która pochodziła ze wschodu. Pokazywała mi krok po kroku jak okiełznać te kawałki ciasta, które zdawało by się robią wszystko aby nie dać się skleić. Spracowane dłonie tej starszej kobiety migiem wyczarowały ponad osiemdziesiąt sztuk równiutkich, przepięknych pierogów, kiedy ja w tym czasie, mimo ogromnego skupienia nie doszłam do dziesiątego. Potem jedliśmy je, nakładając na talerze z pięknej porcelanowej wazy i polewając śmietaną ze wsi. Jesienne słońce grzało po plecach, a ja przekonałam się, że uprzedzenia warto przełamywać :)


Pierogi ruskie

proporcje na ok.30 pierogów średniej wielkości.

Farsz:
3/4 kg ziemniaków
250 g białego sera, tłustego
1 duża cebula
po łyżeczce masła i oleju
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu czarnego

Ziemniaki obrałam i ugotowałam w posolonej wodzie. Po odcedzeniu zostawiłam w odkrytym garnku aby odparowały i lekko przestygły. Cebulę drobno posiekałam i przesmażyłam na oleju i maśle aż się nie zeszkliła. Ziemniaki rozgniotłam praską i pokruszyłam ser biały, wsypałam pieprz i sól oraz cebulę, całość dobrze wymieszałam ręką.

Ciasto:
350 g mąki pszennej
125 ml dobrze ciepłej wody
jajko sól

Mąkę i sól wsypałam do miski, zalałam wodą, wymieszałam drewnianą łyżką. Wbiłam jajko i zagniotłam ciasto, aż zrobiło się gładkie.

Podzieliłam na dwie części, jedną nakryłam miseczką aby nie wyschła, druga cienko rozwałkowałam. Wycinałam kółka szklanką o średnicy 7 cm, kółka brałam w palce i lekko rozciągałam, nakładałam na środek kopiastą łyżeczkę farszu a następnie składałam na pół i zlepiałam najpierw na środku powstałego półksiężyca, a potem od jednego brzegu do środka i od drugiego tak samo. Po zlepieniu pieroga robiłam falbanki wykręcając dwoma palcami brzeg, centymetr po centymetrze.
Wrzuciłam pierogi na osolony wrzątek, zamieszałam i przykryłam, poczekałam aż pierogi wypłyną a wtedy zmniejszyłam ogień i gotowałam odkryte jeszcze 3 minuty. Odecedziłam i włożyłam do miski, przekładając posiekaną i przesmażoną na oleju cebulą.

A najbardziej lubię pierogi ugotowane, prosto z garnka, delikatne i rozpływające się w ustach. Nie przepadam za tymi przesmażanymi, na chrupiąco, choć wielu pierogowych fanów uwielbia je tylko w takiej wersji.

Gotujemy po polsku - 24.10. - 09.11.2008r.

5 listopada 2008

Weekendowa Piekarnia, odc.6 pt."Chleb oliwkowy"



W tym tygodniu mam ogromną przyjemność poprowadzić Weekendową Piekarnię. Przyznam na wstępie, że piekę niedługo. Choć zaczęłam piec chleby trzy lata temu, to ten pierwszy zapał nie trwał długo, po pół roku udanego pieczenia nadeszła wiosna a z nią koniec okresu grzewczego i śmierć zakwasu. Jakoś trudno mi się było zabrać znów za pieczenie. Po dwóch latach przerwy w październiku br. wyhodowałam nowy zakwas a robiąc to, zdeklarowałam sie niejako że będę ten chleb piec, biorąc odpowiedzialność za życie i przetrwanie tej kolonii dzikich drożdży..
Jednak mimo, że zakwas ma się dobrze, nie mam odwagi jeszcze upubliczniać jego dzieł, ponieważ nie do końca mu jeszcze ufam :)
Dlatego w tym tygodniu zaproponuję bardzo prosty chleb drożdżowy, który od dłuższego czasu chcę upiec ze względu na aromat jaki musi mieć - jest to chleb oliwkowy. Mam nadzieję, że wspólne pieczenie zaowocuje pysznymi wypiekami, dobrą zabawą i udaną rekreacją kuchenną :)

Aby się upewnić czy przepis jest dobry i nie wywiezie naszej Piekarni w pole dziś o świcie upiekłam ten chleb. Wyszły mi przepyszne dwa bochenki, o typowej strukturze drożdżowego pieczywa. Użyłam 300 g mieszanych oliwek (kalamata i małe zielone) z pestkami, po wydrylowaniu musiało ich być więc trochę mniej. Mam gotową miarkę cup / ml / pts/ floz w jednym a więc mogę powiedzieć, że wg niej cup to 240 ml.



Chleb oliwkowy
Olive Bread autorstwa Carol Field. Przepis pochodzi ze zbiorów nowojorskiej szkoły De Gustibus, (w której autorka była jedną z wykładowczyń) wydanych w formie książki, którą dostałam od mojej drogiej przyjaciółki na urodziny :)

"Ten chleb w zasadzie trudno zrobić ręcznie, ponieważ oliwki muszą być wystarczająco wygniecione aby uwolniły swój aromat do chlebowego ciasta. Malakser robi to idealnie."-C.F.

• 3/4 filiżanki (cup) cieplej wody (40-45 st.Celsjusza)
• 3 1/2 łyżeczki drożdży instant
• 1/4 filiżanki (cup) oliwy z oliwek + odrobina do posmarowania miski
• 340 g (12 ounces) zielonych oliwek sycylijskich (duże zielone oliwki o średnio zwięzłym miąższu)
lub 170g (6 ounces) małych, czarnych oliwek liguryjskich lub 170g (6 ounces) małych zielonych oliwek, UWAGA: waga dot. oliwek kupionych na wagę, z pestkami, wydrylowane będą na pewno lżejsze
• dodatkowo kilka oliwek do dekoracji
• 3 3/4 filiżanek (cups) mąki pszennej + 1/3 filiżanki do zagniatania
• 1 1/2 łyżeczki soli
• ok. 1/3 filiżanki (cup) mąki kukurydzianej

Do miski od malaksera z zamontowanym wiosłem wlać ciepłą wodę, wymieszać z drożdżami o zostawić na 10 minut.
Dodać 1/4 filiżanki oliwy i wymieszać. Dodać wypestkowane oliwki, mąkę, sól i miksować na najniższej prędkości przez 2 minuty.
Wiosła zastąpić hakami. Ugniatać na najniższej prędkości przez ok.3 minuty (dopóki oliwki będa rozgniecione i uwolnią swój aromat). Jeśli to konieczne, można dodać 1 1/2 łyżeczki ciepłej wody.
Stolnicę posypać mąką, wyjąć ciasto i zagniatać ręcznie przez 2 minuty (ciasto powinno być w miarę zwięzłe). Powinno być miękkie ale nie gładkie soft but never smooth.
Lekko naoliwić miskę, włożyć do niej ciasto, przykryć folią spożywczą i odłożyć w ciepłe miejsce na 1 godzinę (lub dopóki ciasto nie podwoi objętości). Podzielić ciasto na dwie równe części, a następnie każdą część złożyć na trzy.
Na lekko omączonej powierzchni położyć jedną część ciasta, przy pomocy rąk wałkować ("turlać" :) ciasto w swoją stronę, dociskając kciukami tak aby był odpowiedni nacisk na wałek ciasta - roll the dough toward you, using your thumbs to guide the dough and create tension in the rolling process . Przy pomocy obydwu rąk uformować w kształt cygara - środek powinien być grubszy a obydwa końce trochę cieńsze. To samo zrobić z drugą połową ciasta.
Dwa arkusze papieru do pieczenia lekko naoliwić i wysypać odrobiną mąki kukurydzianej.
Umieścić bochenki na arkuszach, przy pomocy ostrego noża naciąć powierzchnię ciasta w krzyżyki. Delikatnie wcisnąć w wierzch bochenków oliwki zachowane do dekoracji. Przykryć czystą ściereczką i odłożyć na godzinę w zaciszne i ciepłe miejsce :)
Piekarnik rozgrzać do temperatury 200 stopni Celsjusza.
(jeśli używasz kamienia, włóż go do piekarnika aby rozgrzać porządnie, 30 minut przed pieczeniem. wysyp go mąką kukurydzianą zaraz przed wrzuceniem na niego bochenków chleba).
Włożyć chleby do nagrzanego piekarnika i piec 40 minut (póki skórka nie będzie złocisto-brązowa - przyp.tłumacza: w moim piecu to marzenie ściętej głowy, eh, ale liczę na wasze piękne, złociste bochenki :).
Ostudzić na kratce.


Przetłumaczyłam przepis słowo w słowo, mam nadzieję że zrozumiale. Z przepisu wyjdą prawdopodobnie maleńkie chleby, tudzież duże bułki (niecały kilogram mąki).
Mam nadzieję, że wspólne pieczenie się uda! Oczywiście w sobotę będę piekła znowu, bo z dzisiejszego pieczenia została mała piętka..

Tutaj informacje o zasadach funkcjonowania Weekendowej Piekarni.

Tutaj do pobrania kod banerka:

3 listopada 2008

Po prostu żurek. (Gotujemy po polsku!)


Polskie smaki.
Hmm..
Chleb, ciepły, trzaskający. O błyszczącej, śliskiej skórce. Taki, po jaki chodziliśmy podczas wakacji na wsi do, położonej 2 km drogi za rzeką, piekarni. Trochę za blady jak na mój gust, ale i tak pyszny, wyczekany, wydeptany tą dwukilometrową wyprawą.
Pachnące słońcem owoce obrywające gałęzie drzew w sadzie. Potem rozłożone na drożdżowym placku, przysypane gruba warstwą waniliowej kruszonki.
Ruskie pierogi, które trzeba było nadziać kartoflami i serem tak mocno, że niemal pękały w szwach. Polane złocistą cebulką, o lekko kwaskowatym smaku i z aromatem czarnego pieprzu. Obowiązkowo z wyczuwalnymi kawałeczkami rozgniecionych widelcem ziemniaków.
Kruche i rozpływające się rolady śląskie z gęstym, ciemnym sosem stojącym spokojnie w zagłębieniach ziemniaczanych klusek.
Bożonarodzeniowa kapusta z grochem, pachnąca grzybami w trio z czosnkowo-grzybową kaszą Huba i smażonym karpiem.
Zapachy świąt, kuchnia taka bliska naturze, taktowana rytmem pór roku, świąt i zbiorów.
I w tym wszystkim, gdybym miała wybrać jedną jedyną potrawę, bez której ta kuchnia mogłaby dla mnie nie istnieć to byłoby mi bardzo ciężko się zdecydować. W ostateczności jednak mój wybór padłby na zwykły, szary.. żurek. Po prostu żurek.

Żurek

2,5 l wody
1/2 l żuru
2 suszone grzyby
1 duża cebula
3 ząbki czosnku
laska kiełbasy
plaster wędzonego boczku (20 dkg)
liść laurowy
3 kulki ziela angielskiego
3 kulki pieprzu czarnego
łyżka roztartego majeranku
100 ml słodkiej śmietany
sól do smaku

Nastawiam wodę w garnku. Wrzucam pokrojoną w ósemki cebulę oraz ząbki czosnku opłukane ale nieobrane. Kiedy woda się zagotuje wrzucam pokrojoną w grube plastry kiełbasę oraz plaster boczku. Gotuję na wolnym ogniu 15-20 minut. Dorzucam liść, ziele, pieprz, gotuję dalej 20 minut. Wyjmuję boczek i kroję go w paseczki, wrzucam z powrotem, wlewam żur i wsypuję majeranek. Pozwalam zupie się zagotować i pyrkać jeszcze na ogniu 5 minut. Wyłączam gaz i wlewam śmietankę.
Podaję z jajkiem ugotowanym na twardo i czerstwą bułką lub pszenno-żytnim chlebem.

Gotujemy po polsku - 24.10. - 09.11.2008r.